- I to nie jeden raz. Panem, monsieur Fandorin, wielu ludzi w Moskwie się interesuje. Jest pan zajmującą osobistością.
- A ostatnio, ktoś z panią rozmawiał o panu radcy stanu? - natarł
Burlajew. - Na przykład wczoraj? Czy ktoś tu u pani był?
Erast Pietrowicz spojrzał koso na nieproszonego pomocnika, a Diana zaśmiała się bezdźwięcznie.
- U mnie, Pierre, wielu bywa. Czy mówił mi ktoś o monsieur Fandorinie? Doprawdy, nie pamiętam.
Nic nie powie - zrozumiał Erast Pietrowicz, odnotowując w myśli tego „Pierre’a”. Czysta strata czasu.
I nadał głosowi metaliczne brzmienie.
- Pani nie odpowiedziała na moje pierwsze pytanie. Od kogo d-dokładnie pani się dowiedziała, że g-generał Chrapow został zabity?
Diana podniosła się gwałtownie, jej senny szept stał się ostry jak syk wściekłej żmii.
- Nie jestem na pańskim utrzymaniu i nie mam obowiązku składać panu raportów! Pan się zapomina! Albo, być może, nie wyjaśniono panu, kim jestem! Pozwoli pan w takim razie, że odpowiem na pańskie pytanie, ale na tym nasza rozmowa się skończy. I więcej niech pan tutaj nie przychodzi!
Słyszy pan, Piotrze Iwanowiczu? Żebym więcej tego pana tu nie widziała!
Podpułkownik w zamieszaniu przygładził krótko ostrzyżone włosy, wyraźnie nie wiedząc, po czyjej stronie stanąć, lecz Fandorin pozostał
niewzruszony.
- Dobrze, zaraz odejdziemy. Ale czekam na odpowiedź.
Kobieta przesunęła się w stronę okna, którego szary prostokąt stał się jakby ramą kształtnej sylwetki.
- Zabójstwo Chrapowa to sekret poliszynela. Cała rewolucyjna Moskwa już o tym wie i świętuje. Dzisiaj nawet odbędzie się wieczorek z tej okazji. Jestem zaproszona, ale nie pójdę. Ale wy możecie tam zajrzeć.
Jeśli będziecie mieli szczęście - capniecie kogoś z nielegalnych. Zbiorą się u inżyniera Łarionowa. Powarska dwadzieścia osiem.
- Dlaczego pan jej nie spytał prosto z mostu o Swierczyńskiego? -
zagadnął podpułkownik, kiedy jechali saniami z powrotem do oddziału. -
Podejrzewam, że to on wczoraj ją odwiedzał i zupełnie możliwe, że wypaplał. Sam pan widział, co to za osóbka. Pogrywa sobie z mężczyznami jak kocica z myszętami.
- Tak. - Radca z roztargnieniem skinął głową. - D-dama z charakterkiem. Bóg z nią. Teraz trzeba rozpocząć obserwację mieszkania tego Łarionowa. Wybierzcie najlepszych szpicli, niech śledzą każdego z gości aż do domu i ustalą tożsamość. Potem rozgryziemy kontakty każdego z nich, cały łańcuszek, ogniwo po ogniwie. Dojdziemy do tego, kto pierwszy dowiedział się o Chrapowie, a od niego do Grupy Bojowej będzie już niedaleko.
Burlajew rzucił pobłażliwie:
- Wcale nie trzeba tego robić. Łarionow to nasz agent. Mieszkanie też jest nasze, specjalnie wynajęte. Żeby niezadowolone i podejrzane elementy były pod kontrolą. Zubcow, mądrala, to wymyślił. U Łarionowa zbiera się wszelki motłoch bliski rewolucjonistom. Przeklinać władzę, pośpiewać zakazane pieśni i, rzecz jasna, popić, zakąsić. Stół u Łarionowa jest bogaty, opłacany z naszych tajnych funduszów. Każdy gaduła ma swoją teczkę, ląduje na liście podejrzanych. Jak wpadnie na czymś poważniejszym - u nas już na niego, gołąbka, czeka pełna buchalteria.
- Ale, to przecież brudna prowokacja! - Erast Pietrowicz zmarszczył czoło. - Sami płodzicie nihilistów, a później, sami ich aresztujecie.
Burlajew z szacunkiem przyłożył rękę do piersi.
- Wybaczy pan, Fandorin, pan jest, rzecz jasna, znanym autorytetem w sferze kryminalistyki, ale w naszej pracy, w sprawach ochrany, kiepsko pan się orientuje.
- Więc śledzenie gości Łarionowa jest niepotrzebne?
- Niepotrzebne.
- A co pan p-proponuje?
- Nie ma co tutaj proponować, wszystko jasne. Teraz wrócę i polecę Jewstratijowi Pawłowiczowi przygotować operację zatrzymania.
Złowimy wszystkich gołąbeczków szerokim niewodem i popracuję nad nimi gruntownie.
Ma pan rację, że od któregoś z nich nitka ciągnie się aż do naszej GB.
- Areszt? Ale na jakiej podstawie?
- A na takiej, drogi Eraście Pietrowiczu, że, jak słusznie zauważyła Diana, mnie i pana jak nie dzisiaj, to jutro zdejmą ze stanowisk i przegonią na cztery wiatry. Nie ma czasu na mozolne obserwacje. Potrzebny jest efekt.
Fandorin uznał za konieczne przejść na oficjalny ton.
- Proszę nie zapominać, panie podpułkowniku, że polecano panu wykonywać moje rozkazy. Do bezpodstawnych aresztowań nie dopuszczę.
Jednak Burlajew nie poddał się naciskowi.
- To prawda, polecono. Generał-gubernator polecił. Ale w kwestii dochodzeń, podlegam nie władzom guberialnym, tylko Departamentowi Policji, tak że najpokorniej proszę o wybaczenie. Zechce pan się pofatygować i być obecnym przy zatrzymaniu, proszę bardzo, ale proszę też nie przeszkadzać. Jeśli chce pan usunąć się na bok - pański wybór.
Erast Pietrowicz nie odpowiedział. Zmarszczył brwi, oczy groźnie mu błysnęły, lecz błyskawice z nich nie wystrzeliły. Po chwili rzekł
oschle:
- Dobrze. Przeszkadzać nie będę, ale przyjdę tam.