Читаем Śmierć w Breslau полностью

Czy ta rozmaitość interpretacji nie dyskwalifikuje proroctw Isidora F.? Bynajmniej. Zagmatwane i ponure przewidywania mojego pacjenta pozbawiają człowieka możliwości jakiejkolwiek obrony. Nie sposób wyobrazić sobie bardziej złośliwego i okrutnego fatalizmu — bo oto opublikujmy listę 83 osób, z których 13 tragicznie zginie.

I rzeczywiście zginie trzynaście, a może dwanaście, a może dziesięć!

Ale nagle, po pewnym czasie przejrzymy akty zgonów i znajdziemy denatów, których na liście nie było, a których rzeczywiście dotyczyły proroctwa Isidora F. Człowiek z jego przewidywań jest wydany na żer harpiom ciemnych sił, bezradną kukłą, której dumne deklaracje samodzielności rozbijają się o surowy dźwięk hebrajskich spółgłosek, a jej missa defunctorum[1]to tylko szyderczy śmiech zadowolonego z siebie demiurga”.

Po tym patetycznym akordzie następowały nużące i uczone wywody porównujące osobę Friedlandera z jasnowidzami i rozmaitymi mediami wieszczącymi w transie. Anwaldt ze znacznie mniejszą uwagą doczytał do końca artykuł Weinsberga i zabrał się do studiowania owych 83 interpretacji, które spięte mosiężnymi spinaczami tworzyły wyraźnie widoczny plik wśród innych materiałów i notatek. Wnet go to znużyło. Na deser zostawił sobie proroctwa foniczne. Czuł, że mają one jakiś związek ze śmiercią baronówny. Wprawił w ruch patefon i oddał się słuchaniu tajemnych przesłań. To, co zrobił, było irracjonalne — Anwaldt notorycznie opuszczał w gimnazjum nadobowiązkowe lekcje języka Biblii i teraz z równym zrozumieniem mógł słuchać audycji w języku keczua. Ale chropawe dźwięki wprawiały go w stan chorobliwego niepokoju i fascynacji, jakiej uległ oglądając po raz pierwszy giętkie greckie litery. Friedlander wydawał odgłosy podobne do duszenia się. Głoski raz szumiały, raz syczały, raz fala tłoczona z płuc omal nie rozerwała ściśniętej krtani. Po dwudziestu minutach upartego refrenu dźwięki urwały się.

Anwaldtowi chciało się pić. Przez chwilę odganiał od siebie myśl o spienionym kuflu piwa. Wstał, wszystkie materiały z wyjątkiem płyty włożył do tekturowego pudła i poszedł do dawnego składu materiałów biurowych, który wyposażony teraz w biurko i telefon służył jako gabinet jemu — referentowi do specjalnych poruczeń. Zatelefonował do doktora Georga Maassa i umówił się z nim na spotkanie. Następnie udał się do gabinetu Mocka z listą 83 nazwisk i swoim wrażeniami. Po drodze minął Forstnera wychodzącego od szefa. Anwaldt zdziwił się, widząc go tutaj w niedzielę. Już chciał zażartować na temat ciężkiej pracy policji, ale Forstner minął go bez słowa i szybko zbiegł po schodach. (Tak wygląda człowiek, którego Mock pochwycił w imadło). Mylił się. Forstner cały czas tkwił w imadle. Mock jedynie czasem je dociskał. Tak uczynił przed chwilą.

Wrocław,

tegoż 8 lipca 1934 roku. Godzina wpół do trzeciej po południu

Standartenfuhrer SS Erich Kraus starannie oddzielał sprawy zawodowe od prywatnych. Tym ostatnim poświęcał oczywiście znacznie mniej godzin, ale był to czas bardzo ściśle odmierzony, na przykład niedziela, uznawana za dzień odpoczynku. Po poobiedniej drzemce miał zwyczaj od godziny czwartej do piątej rozmawiać ze swoimi czterema synami. Chłopcy siedzieli przy wielkim, okrągłym stole, relacjonowali ojcu postępy w nauce, działalność ideową w Hitlerjugend i postanowienia, które musieli regularnie czynić w imię fuhrera. Kraus chodził po pokoju, dobrotliwie komentował to, co słyszał, i udawał, że nie dostrzega ukradkowych spojrzeń na zegarek i tłumionych ziewnięć.

Ale swej pierwszej niedzieli we Wrocławiu nie mógł spędzić jako człowiek prywatny. Smak obiadu psuła mu kwaśna myśl o generał-majorze Rainerze von Hardenburgu, szefie wrocławskiej Abwehry. Nienawidził tego sztywnego arystokraty z monoklem całą mocą, na jaką było stać jego — syna ząbkowickiego murarza i alkoholika. Kraus łykał wyśmienity sznycel z cebulką i czul pękanie pęcherzyków soków żołądkowych. Wstał wściekły od stołu, rzucił z pasją serwetę, przeszedł do swojego gabinetu i po raz któryś dzisiaj zadzwonił do Forstnera. Zamiast wyczerpujących informacji o Anwaldcie słuchał przez pół minuty przerywanego długiego sygnału. (Ciekaw jestem, gdzie polazł ten sukinsyn). Wykręcił numer Mocka, ale kiedy dyrektor policji odebrał, Kraus rzucił słuchawkę na widełki. (Niczego nie dowiem się od tego ugrzecznionego dupka poza tym, co już mi powiedział). Bezradność wobec von Hardenburga, którego znał jeszcze z Berlina, była dla Krausa poniekąd zrozumiała, wobec Mocka — niemal godna pogardy, dlatego tak raniła jego miłość własną.

Перейти на страницу:

Похожие книги

100 знаменитых харьковчан
100 знаменитых харьковчан

Дмитрий Багалей и Александр Ахиезер, Николай Барабашов и Василий Каразин, Клавдия Шульженко и Ирина Бугримова, Людмила Гурченко и Любовь Малая, Владимир Крайнев и Антон Макаренко… Что объединяет этих людей — столь разных по роду деятельности, живущих в разные годы и в разных городах? Один факт — они так или иначе связаны с Харьковом.Выстраивать героев этой книги по принципу «кто знаменитее» — просто абсурдно. Главное — они любили и любят свой город и прославили его своими делами. Надеемся, что эти сто биографий помогут читателю почувствовать ритм жизни этого города, узнать больше о его истории, просто понять его. Тем более что в книгу вошли и очерки о харьковчанах, имена которых сейчас на слуху у всех горожан, — об Арсене Авакове, Владимире Шумилкине, Александре Фельдмане. Эти люди создают сегодняшнюю историю Харькова.Как знать, возможно, прочитав эту книгу, кто-то испытает чувство гордости за своих знаменитых земляков и посмотрит на Харьков другими глазами.

Владислав Леонидович Карнацевич

Неотсортированное / Энциклопедии / Словари и Энциклопедии