Читаем Hyperion полностью

W przeciwieństwie do legendarnego Wielkiego Kanionu na Starej Ziemi czy Krawędzi Świata na Hebronie, Rozpadlina nie została wyryta w wypiętrzającym się powoli płaskowyżu. Pomimo swoich oceanów i kontynentów na pierwszy rzut oka bardzo podobnych do ziemskich, Hyperion jest pod względem tektonicznym zupełnie martwy. Podobnie jak na Marsie, Lususie i Armaghaście, nie stwierdzono na nim dryfowania kontynentów, natomiast – tak samo jak Mars i Lusus – przechodzi cykliczne zlodowacenia, co prawda bardzo rzadkie, bo powracające co trzydzieści siedem milionów lat. Komlog porównuje Rozpadlinę do Doliny Marinera na Marsie, naturalnie przed przystosowaniem jej do potrzeb człowieka. Oba cuda natury powstały w wyniku nakładającego się na siebie działania niskich temperatur oraz niszczycielskiego wpływu podziemnych rzek – takich, jaką niegdyś była Kans. Stąd właśnie wzięła się gigantyczna szczelina, biegnąca niczym długa blizna przez wypiętrzone skrzydło Aquili.

Niebawem dołączył do mnie Tuk. Byłem zupełnie nagi, gdyż przyszedłem nad strumień, aby spłukać z siebie zapach spalenizny. Zacząłem chlapać się w wodzie jak dziecko, śmiejąc się głośno, kiedy zachwycone okrzyki Tuka wróciły do nas słabym echem, odbite od Północnej Ściany, wnoszącej się w odległości mniej więcej dwóch trzecich kilometra. Staliśmy na występie sięgającym daleko nad przepaść, tak że nie mogliśmy dostrzec nawet kawałka Południowej Ściany. Uznaliśmy, że skoro okoliczne skały wytrzymały jakoś ostatnie parę milionów lat, wytrzymają też jeszcze kilkadziesiąt minut. Ochlapywaliśmy się wodą, darliśmy się co sił w płucach aż do zachrypnięcia, i w ogóle zachowywaliśmy się jak dzieci wypuszczone przed czasem ze szkoły. Tuk wyznał, że jeszcze nigdy nie przeszedł przez cały las ognisty ani nie znał nikogo, komu by się to udało o tej porze roku, a następnie poinformował mnie, że teraz, kiedy drzewa teslowe osiągnęły pełną aktywność, musi zaczekać co najmniej trzy miesiące, zanim będzie mógł wyruszyć w drogę powrotną. Nie wydawał się jednak tym zbytnio zmartwiony, a ja cieszyłem się, że będę go miał obok siebie.

Po południu przenieśliśmy na raty cały ekwipunek i rozbiliśmy obóz w odległości około stu metrów od skraju urwiska. Postanowiłem, że jutro przejrzę dokładniej wszystkie paki i dokonam surowej selekcji.

Wieczór był bardzo chłodny. Po kolacji, tuż przed zachodem słońca, włożyłem ocieplaną kurtkę i poszedłem samotnie na skalną platformę położoną na południowy zachód od miejsca, gdzie po raz pierwszy ujrzałem Rozpadlinę. Widok, jaki się stamtąd roztaczał, dosłownie zapierał dech w piersi. Z niezliczonych wodospadów unosiły się chmury pyłu wodnego, a promienie zachodzącego słońca zapalały w nich mieniące się bajecznymi kolorami tęcze. Obserwowałem z podziwem, jak rodzą się kolejne barwy, by wkrótce wznieść się ku mroczniejącej kopule nieba i tam zniknąć bez śladu. W miarę jak chłodne powietrze wciskało się w szczeliny i zagłębienia terenu, ciepłe zaś uciekało w górę, zabierając ze sobą liście, a nawet co mniejsze gałązki, z głębi Rozpadliny począł wydobywać się przedziwny odgłos, zupełnie jakby kontynent odzywał się z głębi swoich trzewi głosami kamiennych olbrzymów. Odniosłem wrażenie, że słucham jakichś gigantycznych, niebiańskich organów, których piszczałki potrafią wydobyć z siebie wszystkie tony – od najwyższych, krystalicznie czystych poczynając, na najniższych, wstrząsających posadami planety, kończąc. Przypuszczałem, iż sprawcą tego zjawiska jest powietrze z jaskiń, przeciskające się teraz przez skalne kominy, ale po pewnym czasie przestałem szukać racjonalnych wyjaśnień i po prostu wsłuchiwałem się w dźwięki hymnu, jakim Rozpadlina żegnała zachodzące słońce.

Wróciłem do namiotu otoczonego półkolem bioluminescencyjnych lamp dopiero wówczas, gdy na niebie pojawiły się wyrysowane oślepiająco białymi krechami trajektorie niezliczonych meteorów, a zza południowego i zachodniego horyzontu zaczęły dobiegać odgłosy burzy, jaka rozpętała się nad lasami ognistymi. Przywodziło to na myśl wspomnienia o jednej ze starożytnych ziemskich wojen z okresu sprzed hegiry.

Włączyłem komlog, ale choć ustawiłem go na największy zasięg, uzyskałem jedynie biały szum. Podejrzewam, że nawet gdyby prymitywne satelity komunikacyjne obejmowały zasięgiem te rejony, to i tak drzewa teslowe zagłuszyłyby swoją aktywnością wszelkie sygnały, może z wyjątkiem skupionej wiązki lasera albo tachionowej transmisji między komunikatorami. W klasztorze na Pacem tylko niewielu z nas miało osobiste komunikatory, ale w razie potrzeby zawsze mogliśmy skorzystać z datasfery. Tutaj nie ma takiej możliwości.

Siedzę, wsłuchuję się w ostatnie dźwięki cichnącej pieśni kanionu, obserwuję niebo, które na przemian to jaśnieje, to znowu przygasa, uśmiecham się, kiedy Tuk zachrapie głośniej w swoim śpiworze, który rozłożył obok namiotu, i myślę sobie, że jeżeli tak ma wyglądać moje wygnanie, to nie mam nic przeciwko temu.

88. dzień

Tuk nie żyje. Został zamordowany.

Перейти на страницу:

Похожие книги